Walia II, czyli gdzie jest Starbucks…  

Dlugo sie zastanawialem co napisac o naszym wypadzie “Walia II”. Juz nawet wchodzac na Snowdona gdzies tam klebily mi sie jakies zdania, pomysly. Na nic sie to jednak zdalo, bo nadal nie bardzo wiem, co napisac. Ba! Nawet nie wiem jak zaczac, nie wspominajac juz o samej tresci. Poprzedni wyjazd obfitowal w jakies male wypadki, potkniecia, pekniecia a Walia II to po prostu zorganizowana sekwencja turystycznych wypadow. Choc moze nie do konca tak znowu zorganizowanych…

Oryginalny pomysl byl taki, zeby wyjechac w piatek po pracy, dojechac na miejsce jakiegos noclegu, rozbic sie po ciemku i zaczac dzien od sniadania w Walii. Ostatecznie wyruszylismy w sobote rano, noc spedziwszy w cieplych lozeczkach bez potrzeby rozkladania namiotu. Punkt 4:32 zwloklem sie z lozka jako pierwsze zombie i wpol przytomny poszedlem szukac wyraznego odbicia w lustrze. Chlust zimnej wody w twarz znaczaco przyczynil sie do zrealizowania planu. Dosyc szybko spakowalismy samochod i w piatke ruszylismy na Putney gdzie dolaczylismy do kolejnej ekipy. Tam przepakowalismy kilka rzeczy plus jedna osobe z mojego auta do auta Ani i w szyku bojowym wyruszylismy do Walii. A szyk bojowy wyglada tak: w samochodzie pierwszym: ja – kierowca, Adas – pilot oraz zapasowy kierowca, Natalia i Dominika – wsparcie logistyczno-zaopatrzeniowe oraz balast. Samochod drugi to: Ania – wlasciciel fury oraz kierowca, Kropka – kierowca zapasowy, Kasia i Magda – bezfunkcyjni czlonkowie wycieczki, balast.

Walia II
poranne pakowanie, czas na wyglupy znajdzie sie zawsze

Po dluzszej, niz planowana, podrozy, dojechalismy pod Snowdon, gdzie ku moim najgorszym przypuszczeniom i obawom okazalo sie, ze nie ma miejsca do zaparkowania. Kilka mil dalej jest parking na ktorym rzekomo jest miejsce i z ktorego moze nas zabrac autobus do miejsca startu. Miejsca na tym parkingu nie bylo, ale Adas znalazl kawalek wolnego kraweznika gdzie ostatecznie zmiescilismy nasze wehikuly. Chwile pozniej pojawila sie kolejna kloda pod nogi w postaci autobusu, ktorego mialo nie byc, a byl! Dalo nam to jednak czas na przegrupowanie: spakowalismy plecaki i przygotowalismy herbate i kawe w termosie. 14:24 wsiedlismy do kolejnego autobusu. Potem byl bardzo dlugi spacer, przerywany jekami bolu, rozpaczy i narzekaniem: daleko jeszcze? a moze nie ma sensu wchodzic na sam szczyt? ile metrow wysokosci ma ta gora? kto ma wode? Pomimo wszystko tempo bylo dosyc dobre i w okolo 3h dotarlismy na szczyt. Tam posililismy sie kilogramami czekolady i zapilismy to goracymi plynami z termosu. Choc slonce swiecilo, nie bylo za cieplo, a wiatr, ktory momentami rzucal nami jak piorkami, dodatkowo nas ochladzal.

Walia II
pod samym Snowdonem, zaraz wyruszamy na podboj

Walia II
na szczycie, Snowdon 1085m

Po szczesliwym zejsciu postanowilismy zmienic szyk bojowy gdyz czas nas gonil, a walijskie krete waskie drogi spowolnily troche Anie, ktora prowadzila dosc “zachowawczo”. Tak wiec ja zasiadlem za sterami jej Rovera otwierajac szyk, a Adam jechal za mna ten szyk zamykajac. Mielismy staly kontakt krotkofalowkowy i tak przygotowani wybralismy sie na tzw. “koniec swiata”, czyli na miejsce noclegowe, gdzie ostatnio udalo mi sie ogranoleptycznie zmierzyc temperature wody, uzywajac mojej wlasnej dupy ;) Rozbilismy sie troche dalej niz na Walii I. W bardziej cywilizowanym miejscu gdzie juz bylo okolo 10 namiotow. W momencie, kiedy dojechalismy na miejsce bylo juz okolo 22:00 i zaczynalo brakowac nam dziennego swiatla. Chwile pozniej dalo sie slyszec znajome polskie: kurwa! ale nie gdzies obok tylko od naszego wlasnego Adasia, ktory walczyl ze swoim nowym namiotem. Skonczywszy rostawiac swoj namiot ruszylem z pomoca. Za chwile i ja rzucalem niewybrednymi inwektywami. Na konstruktorze namiotu nie zostawilismy suchej nitki wyzywajac go od takich i owakich, urywajac mu jaja oraz wkladajac mu rozne rzeczy w rozne miejsca ;) Po dobrych 30 minutach w koncu jako tako udalo nam sie przejrzec PLAN konstruktora i namiot stanal. Az strach pomyslec jak by to rozstawianie wygladalo gdybysmy pojechali w piatek w nocy…. Sam nie wiem czy wspominac, ze niejedno z nas, rozstawiajac namioty, upapralo sie w owczym gownie, ktorego na tym polu nie brakowalo…

Sterani jak psy, glodni jak wilki, rozpalilismy grilla nad rzeczka i chwile pozniej, nazarci jak swinie, zasnelismy jak dzieci… I spalibysmy do rana jak te dzieci gdyby nie przerazliwy krzyk Dominiki, ktora obudzil wchodzacy do namiotu Adas. Nie ma w tym nic dziwnego, ze Adam wchodzi do wlasnego namiotu, ale Dominika nie zarejestrowala momentu, kiedy Adam ten namiot opuszczal, wiec pewnie spodziewala sie, ze to bandyta-rozbojnik jakis… Szybkie i stanowcze: Cicho! To ja! zalatwilo sprawe i reszte nocy nikt juz nie krzyczal.

Tuz przed sniadaniem wpadl do nas pan podparty na kiju i zainkasowal po 10 za namiot. Troche sie tego nie spodziewalismy, ale co zrobic…. Zachecony wskazowkami Molka wyciagnalem ekipe na spacer do “Roman Steps”, czyli stepow Romana. Jakos tak sie nam wydawalo, ze nie moga one byc daleko i, ze beda one mialy jakis namacalny format. Czy beda wykute w skale czy jakos wymyslnie ustawione na zboczu. Szlismy i szlismy, myslac, ze zaraz tuz za zakretem ukaza sie owe stepy Romana a tu nic. Doszlismy w koncu do grani, gdzie przywital nas deszcz przywiany przez silny wiatr i zapytawszy innych turystow gdzie sa te stopnie dowiedzielismy sie, ze caly czas po nich szlismy… No tak. Posmielismy sie lekko i ruszylismy z powrotem. Rezolutna Ania wyciagnela nagle likier zza pazuchy i sie nam dziewczeta zaczely “ogrzewac”. Na efekty dlugo nie trzeba bylo czekac i zaczely sie smiechy, spiewy i ogolna zlewka. Pojawily sie takze hasla typu: Starbucks, Nero, restauracja, cywilizacja…. Dotarlismy do “zasranego” pola namiotowego i opuscilismy “koniec swiata” kierujac sie do Brecon Beacons.

Walia II
sniadanie w znienawidzonym namiocie

Walia II
gdzies na stepach Romana

Po drodze zwyciezyl glod miasta i zatrzymalismy sie w Barmouth na jedzenie. W ramach protestu przed ucywilizowywaniem naszej wyprawy w walijska dzicz odmowilem posilku i z nosem w mapie (zeby nie patrzec na jedzenie, bo glodny bylem jak wilk) zaplanowalem dalsza trase. Kiedy juz zoladki byly nasycone a poziom endorfin przekroczyl poziom MIN na bagnecie, wybralismy sie na plaze. Wiatr pizgal i nie bardzo nam sie chcialo, ale i tak bylo fajnie. Zrywy wiatru przetaczaly mase piasku i nasze stopy ginely w tej mini burzy piaskowej. Napstrykalismy sporo zdjec, ale nie wiem czy oddadza ten klimat.

Walia II
plaza w Barmouth, jest wietrznie

Ruszylismy w droge i ponownie zajechalismy na miejsce campingu tuz przed zmrokiem. Wycieczce spodobalo sie duzo bardziej niz dzien wczesniej. Przede wszystkim ze wzgledu na brak owiec oraz sladow ich bytnosci. Na calym duzym polu bylismy tylko my i grupa chlopakow z Cardiff, ktorzy grzali sie przy ognisku i wlewali w siebie litry browarow. Zaprosili nas do siebie, ale wszyscy bylismy za bardzo padnieci. Szybki grill, dwa piwka i bylem ulalany. Wystarczylo mi tylko mocy na doczlapanie sie do rzeczki, umycie sie i powrot do namiotu. Na szczescie wybrala sie ze mna Natalia dzieki ktorej nie zaliczylem niekontrolowanej kapieli w strumieniu. Co rusz uciekala mi rownowaga i tylko refleks Natalii mnie uratowal. ;) Tej nocy bylo duzo przyjemniej: mniej krzykow, zero wiatru i duzo cieplej. Rano obudzil nas deszcz, ktory zelzal na tyle, ze moglismy zwinac namioty i sie spakowac. Chlopaki z Cardiff nawet nie drgneli w swoim namiocie przez caly czas naszej krzataniny. Poza jednym z nich, ktory siedzial w samochodzie i raz po raz wychylal sie w celu wydalenia tresci zaladkowych droga nie do konca naturalna ;)

Pogoda sie mocno zepsula, ale wydaje mi sie, ze nikomu to nie przeszkadzalo. Zaprawilismy sie przez te dwa dni i juz nic nas nie moglo odstaszyc przed kolejna wyprawa. Podjechalismy kilka mil i wkroczylismy do krainy zwanej Brecon Beacons National Park. W towarzystwie konkretnie juz padajacego deszczu wyruszylismy sladami wodospadow. Znowu natrafilismy na wodospadolazow, co wszystkim sie strasznie spodobalo. W parku spedzilismy kilka godzin, zobaczyslismy kilka siklawic a pod jedna z nich, za sciana wody, zrobilismy sobie kilka zdjec i wyczyscilismy termosy. Przemoczeni do suchej nitki, dotarlismy w koncu do samochodow i ruszylismy do Londonii.

Walia II
pierwsze przeszkody w parku Brecon Beacon

Walia II
gdzies na wodospadowej trasie

Walia II
cala kolonia pod wodospadem Sgwd-yr-Eira

Tak wlasnie przedstawiala sie nasza wyprawa Walia II. Juz gdzies na dnie mojego nieuczesanego lba czai sie mysl o kolejnym wyjezdzie. Trzeba tylko znalezc czas i ludzi. Reszta juz jest…

Odpowiedzi 5 na wpis “Walia II, czyli gdzie jest Starbucks…”

  1. natalia napisal(a):

    Balast? Balast? Kasia, Madzia, Dominia, obrazamy sie? ;) Bylo przepieknie!!!! :)

  2. Domi napisal(a):

    No pieknie. Fragment z naszym namiotem w 100% oddaje to, co sie tam dzialo. Chcialam tylko sprostowac ze ostatecznie z namiotu jestesmy zadowoleni. Rzeczywistosc przyzwyczaila nas do obrazkow na instrukcji …a poniewaz ich zabraklo, poczulismy sie zagubieni…

  3. Sebastian napisal(a):

    Swietnie opisane… szkoda tylko ze ciagle wam deszcz w oczy…

  4. Kropcia napisal(a):

    zaden deszcze w oczy;)

    Bylo fantastycznie!!!! gowna byly tez, ale pysznie;P

    nie jestem balastem woooooow!!! hahahah

    Wielkie dzieki za to!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  5. Wiola napisal(a):

    Super fotki:) Moze tak z Natalia przyjedziecie na jakas wycieczke na konskim grzbiecie posrod lasow w Berkshire? Obiecuje stateczne rumaki :)
    W.x

Zostaw odpowiedz