Siedzimy…  

Burza moich przygód trochę się uspokoiła a sytuacja mieszkaniowa poprawiła na tyle, że mogłem się przestać przejmować. Przynajmniej na pierwsze siedem dni kiedy to pod swój dach przyjęli mnie Aśka i Blażej. Zostałem przyjęty iście królewsko – dostałem własny pokój, komplet kluczy, miejsce w lodówce oraz przydział ciepłej wody…

Jak ostatnio wspomniałem, razem z Piotrkiem, rozpoczęliśmy prace nad Lyssia. Z tym, że pierwszego dnia spędziliśmy więcej czasu rozmawiając o pierdołach i życiu niż na pracy przy samochodzie. Z rozmów wyłonił się obraz dość ciekawego dysonansu w spojrzeniu na mieszkanie w Anglii i Polsce, w której to Piotrek spędził ostatnie dwa lata. Nie będę jednak rozwijał tu tematu bo powinien on mieć swój osobny wpis. Może kiedy wrócę na dobre będzie okazja do takich rozważań…

Innym efektem naszych rozmów okazał się pomysł, żeby na próbę wynająć pokój dla nas obu. Co też zrealizowaliśmy i przemieszkany wspólnie tydzień okazał się ciekawą przygodą i system się chyba sprawdził. Śmieszy mnie tylko kierunek rozwoju nieruchmościowego. Zamiast zamieszkać samemu i przygotować gniazdko dla Gwiazdy i Stefana ja wracam do studenckich układów. Nie mogę jednak narzekać bo takie mieszkanie po studencku ma swoje duże plusy. Zaczynając od finansowego na towarzystkim kończąc. Ktoś zawsze ma jakiś pomysł na spędzanie wolnego czasu i na przykład udało mi się zaliczyć parapetówkę z kompletnie obcymi mi ludźmi. Dość ciekawe doświadczenie…

Dzięki Piotrkowi, jego umiejętnościom i chęci pracy udało się nam zmontować Mustanga i w końcu wziąć go na przejażdzkę. Nakręciłem z tego krótki filmik. Nawet nie potrafię opisać mojej radośći z faktu, że po raz pierwszy od prawie pół roku mogłem znowu pomknąć za sterami tej amerykańskiej barki. Poczuć to przyspieszenie, zawieszenie rodem z rydwanu i ryk ośmiu cylindrów. Mając już auto na nogach postanowiliśmy wziąć udział w sporym wydarzeniu motoryzacyjnym, skierowanym dla “tatów” a zbierającym pieniądze dla potrzebujących dzieci. Na lotnisku gdzie kręcą TopGear zjechało się setki ciekawych samochodów i za niewielką opłatą można się było przejechać jako pasażer w jednym z prawie stu supersamochodów (Lamborgini, Ferrari, Aston Martin, Spiker, X-Bow, Ariel Atom, Ac Cobra i wiele innych). Klub Mustanga oraz wiele innych klubów, zostały zaproszone jako element statycznej wystawy. Zgadaliśmy się z Maćkiem i Pauliną i wyruszyliśmy na dwa auta. Dzień, choć raczej zimny i ponury, zaliczam do udanych. Takiej ilośći fajnych furek w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Poza tym coś mnie podkusiło, żeby wziąść Lyssie na hamownię i z tego wydarzenia też mam filmik.

Dunsfold 2010

Dunsfold 2010


Dunsfold 2010


Dunsfold 2010


Dunsfold 2010


Dunsfold 2010

Lyssia - znowu na czterech kókach...

Lyssia na hamowni

Potem to już tylko było odliczanie do wyjazdu do Polski i pilnowanie, żeby Gwiazda za wcześnie nie urodziła. Aktualnie jestem więc w Polsce. Wszyscy, łącznie z nami, czekamy na jakiś rozwój wydarzeń. To już tydzień po terminie a Stefan widać gra w zaparte i nie chce się ruszyć. Ostatnio natchnęło mnie, że to może dlatego, że kwestia imienia wciąż nie została rozwiązana. Nadal wahamy się między Leonem a Ignacym…

Moje dni na wsi wyglądają więc w ten sposób, że śpię do południa, potem pokręcę się z nudów tam i z powrotem, zawiozę Nataliową do szpitala na jakieś badania albo na inne zakupy. Odbieram też telefony i smsy od ludzi ciekawych naszego potomka. Wszystkich jednak musze odprawić z kwitkiem bo żadnego rozwoju, poza przechylaniem się skali na wadze, nie widać. Pogoda nie sprzyja wypadom w malownicze zakamarki okolicy, bo raz pada, a raz pada jeszcze bardziej. Dopiero wieczorem pojawia się szczątkowe słońce ale jest już za zimno, żeby się szwędać.

Podobno wydarzenia ostatnich tygodni oskubały mnie z resztek tkanki tłuszczowej, więc teraz odbijam sobie i żrę za dwóch. Pijam kilkanaście kaw dziennie, zjadam kilogramy czekolady a potem jak wygłodzony wilk rzucam się na obiad, żeby po jego skończeniu rozglądać się za jakimś deserem. Dzisiaj, z okazji Dnia Matki, czeka mnie ekstra uczta bo wyjeżdzamy z mamusią na jakiś lepszy deserek :D

Tak więc, póki co siedzimy, czekamy…

Odpowiedzi 2 na wpis “Siedzimy…”

  1. basia napisal(a):

    Nie ma co, nie spieszy sie malemu Zdankowskiemu, a my tu umieramy z niecierpliwosci i ciekawosci…
    Trzymajcie sie cieplo, Natalio bedz dzielna, Tomku nadrabiaj nadrabiaj zaleglosci jedzeniowe!!
    xxx

  2. PIT napisal(a):

    powiem tak : ‘ Tym bedzie dane co siedziec i czekac cierpliwie potrafia ‘ – tak kosciolowo jakos mi poszlo hehehe….

    Pozdro Oztro

Zostaw odpowiedz