Miniony (ty)dzien albo i dwa  

Moi drodzy czytelnicy, lowcy nieszczesc i niepowodzen mojego zycia, stesknieni dramatycznych badz komediowych wydarzen, oczekujacy zdjec czy dawki mojego niezrozumialego humoru wplecionego w wyszukane konstrukcje zdaniowe plynace z charakterystycznym dla mojego stylu polotem. Wracam po przerwie, ale musze Was zmartwic, bo niewiele sie wydarzylo. Nie spoznilem sie na zaden samolot, nie wpadlem na zaden “genialny” pomysl, nie wyjechalem nigdzie gdzie moglbym sie zgubic lub wpasc do wody ani nie pokonalem taty czy brata w poola :( Jednak dluga cisza w “interneterze” sprawia, ze musze wyladowac swoja potrzebe literackiej, czy raczej literowo-wyrazowej, ekspresji. Zacznijmy wiec…

Sniegi, ktore byly ostatnio tematem numer 1 zarowno w wiadomosciach, na ustach Wyspiarzy oraz stronach tegoz bloga, dokonaly zywota zamieniajac sie w brzydkie kaluze jakies 2 tygodnie temu, przynajmniej tutaj w Londynie. Jednak zanim te sniegi odpuscily, a wiekszosc lotow byla odwolywana, istnialo realne prawdopodobienstwo, ze rodzinka Natalii, ktora miala nas odwiedzic, nie wyleci. Nasze obawy okazaly sie uzasadnione, ale nie z powodu sniegu tutaj ale ze wzgledu na mgly w Polsce. Gosia i Kuba spedzili dlugich siedem(!) godzin w gdanskim baraku – bo ciezko nazwac to lotniskiem – oczekujac na wylot do Londynu. Niezbyt ciekawy poczatek urlopu.

Potem moglo byc juz tylko lepiej, nawet pogoda na weekend sie poprawila i udalo nam sie we czworke pojechac do Greenwich w niedziele. W ciagu naszego tygodnia pracy naszym gosciom udalo sie zobaczyc tysiac londynskich atrakcji. Plan wykonany w 120% i udokumentowany setkami zdjec. Kuba, zafascynowany motoryzacja, odhaczal tylko co lepsze fury na swojej liscie “samochodow, ktore musze zobaczyc”. Niestety zabraklo na niej miejsca dla klasycznego Mustanga :(

Greenwich

Greenwich

Kuba i niekompletne balwany ;) Greenwich

Ostatni dzien z goscmi spedzilismy na Camden Town – Ulicy Dziwadel – jak nazwal ja Kuba. Jak na 10-latka, ktory na czas pobytu zostal oddany pod moja opieke, musze stwierdzic, ze mial kilka ciekawych zyciowych spostrzezen. Jak chocby to: “My (mezczyzni) chyba cale zycie bedziemy czekali na kobiety…” Wieczorem, juz bez gosci, wybralismy sie z Nataliowa na koncercik ze znajomymi. El Paso na Old Street bylo pieknie przyozdobione w styropianowe serduszka, co przywodzilo nam na mysl majowe apele w auli szkolnej z obowiazkowymi styropianowymi golabkami na (koniecznie) czerwonej kotarze. Jedyna walentynkowa ozdoba, ktora nam sie podobala byl slajd sennie sunacy sie po scianie a przedstawiajacy rozebrane panie. Zespol, na ktory czekalismy mial niezla obsuwe i ostatecznie, zeby zdazyc na ostatnie metro, obejrzelismy tylko poczatek ich wystepu.

Walentynkowy koncert

Walentynkowy koncert. Tak dawno nie bylem na piwie, ze zapomnialem, ze zwykle pijam guinessa. Przy nastepnym sie poprawilem :)

Nie moge sobie natomiast darowac, zeby nie wspomniec o “gwiezdzie” wystepujacej przed Syd Arthur. Ci, co mnie znaja, wiedza jak lubie gitarowe granie, ale to co pokazal ten Pan bylo jak powolne wysysanie checi do zycia bezposrednio z zyl. Kilkusekundowe riffy gitarowe nagrywane na sampler rozbudowywaly “melodie” do kakofnicznego huku a wisienka na torcie byly wokalne zawodzenia “artysty”. Skryty za kepa wlosow, z glowa pochylona nad gitara i bosymi stopami operujacymi tysiac przesterow z ich guziczkami byl jak zly duch, zaczarowana muzyka wbijajacy szpilki voodoo w kazdy miesien naszych cial uniemozliwiajac nam opuszczenie widowni. Juz przy drugiej “piosence” rozwazalem jakie mam mozliwosci szybkiego odebrania sobie samobojstwa. Zatopienie sie w kuflu Guinessa nie przynosilo upragnionej ulgi. Siedzielismy wiec, otoczeni muzyka zmarlych, czekajac na koniec swiata… lub chociaz tego wystepu.

Artysta ciemnosci...

...i nasza reakcja na jego muzyke

Miniona niedziela natomiast zaczela sie dla nas bardzo wczesnie, bo o 5 rano. Pustymi ulicami niedzielnego Londynu bardzo szybko dostalismy sie na Luton, gdzie pozegnalismy naszych gosci, zyczac im szybkiego wylotu bez potrzeby wegetowania na podlodze w oczekiwaniu na spozniony lot. Wszystko mialo sie odbyc planowo a my wyruszylismy do Harlow na dni otwarte warsztatu samochodowego Custom Exotics, gdzie mielismy sie spotkac ze znajomymi z klubu Mustanga: Mackiem i Paulina. Jednak puste drogi i barbarzynska pora sprawily, ze pojawilismy sie tam juz o 8:00 i po krotkim i nieudanym poszukiwaniu sniadania polozylismy sie spac w samochodzie w oczekiwaniu na otwarcie jakiejs jadlodajni. Dwie godziny pozniej, z podkrazonymi oczyma i glodni jak wilki wciagnelismy kanapki z Subwaya i poszlismy ogladac piekne fury odrestaurowane przez Custom Exotics. Perelka byl Chevrolet Corvette, ktory, az sam w to nie moge uwierzyc, byl piekniejszy nawet niz mustangi. Dopracowany w kazdym szczegole, lsniacy i wypucowany, dumnie zajmowal centralne miejsce w garazu. Popstrykalismy kilka fotek i pogonilismy za Mustagiem Macka w ich czesc Londynu gdzie zostalismy ugoszczeni indianskim kurczakiem w slodkich ziemniakach i sosie curry. Mniam!!!

Perelka: Chevrolet Corvette

Perelka: Chevrolet Corvette

Ford Mustang Hertz

Ford Mustang Shelby Hertz

W oczekiwaniu na indianca u Macka i Pauliny

Odpowiedzi 2 na wpis “Miniony (ty)dzien albo i dwa”

  1. basia napisal(a):

    Szkoda ze nie mogliscie zostac na Syd Arthur, alez zagrali… Czad. Normalnie chlopaki sa nie z tej ziemi. :) Fajnie bylo sie z Wami spotkac, buziaki i do nastepnego razu :)

  2. blog.zdankowski.com » Blog Archive » Slubna dwudziestoosmiodniowka :) napisal(a):

    [...] sie od piatkowego zgrupowania pod Luton gdzie spotkalismy sie z Mackiem i Paulina (tymi samymi, ktorzy ugoscili nas dobrym zarciem w zeszlym roku) i z ktorymi w kolumnie dwoch mustangow ruszylismy pod Leicester – jakies 100km dalej. Na miejscu [...]

Zostaw odpowiedz